Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jedzenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jedzenie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 4 stycznia 2016

Poświąteczny spacerek


Od kilku lat, żeby zrobić trekking w parku Singalila, potrzebny jest przewodnik. Można pójść na łatwiznę i wynająć kogoś z agencji turystycznej, ale to już nie na nasze kieszenie. Udało nam się poznać jednego przewodnika na mieście. Nabin jest w naszym wieku i od 10 lat chodzi po okolicznych górach. Dogadujemy się świetnie, jest mega wesoło więc zapowiadają się przyjemne dni. Tym bardziej, że szlak wiedzie tak, iż cały czas idziemy w kierunku Himalajów. Jak na dłoni mamy Mt. Everest z Makalu i Lotse, przez Kanczendzongę, aż po najwyższy szczyt Bhutanu, Gangkar Punsum. I dlatego właśnie zawsze warto było, jest i będzie włożyć trochę wysiłku aby się w takim miejscu znaleźć.

niedziela, 27 grudnia 2015

Tea time


Drugiego dnia pobytu w stolicy herbaty, zmarznięci jak jasna cholera, wyruszyliśmy znaleźć nowe lokum, bo bez ogrzewania i prawie w piwnicy było naprawdę cienko. Obeszliśmy z dziesięć miejscówek, ale nic co znaleźliśmy nie było na nasze kieszenie. Spotkaliśmy za to Laurę i Rafaela z Gujany Francuskiej, a oni wskazali nam ‘właściwą drogę’. Szybkie przenosiny i zostaliśmy sąsiadami. Co prawda nadal musimy ogrzewać pokój świeczkami, ale jest przyjemnie. 

wtorek, 15 grudnia 2015

W rytmie Kalkuty

W Kalkucie spędziliśmy prawie dwa tygodnie. Pomieszkaliśmy u JoJo, u Shashuata z couch surfingu, a troszkę w hostelu. To ostatnie było nie lada przeżyciem gdyż znajdował się on przy dworcu. Przy dworcu wiadomo, bazar. Stopery w uszach ledwo dawały radę. W mieście jest tak głośno i śmierdząco od pojazdów, że w oczach bezustannie ma się piasek, a oddech piecze. Dowiedzieliśmy się, że Kalkuta jest obecnie najbardziej zanieczyszczonym miastem w Indiach. Kompletnie nie mieści się w jakichkolwiek normach.

niedziela, 13 grudnia 2015

Jest wesele, trzeba się weselić!


Drugiego dnia naszego pobytu w Kalkucie poznaliśmy Yakutę i Tima. Induskę i Niemca, którzy przyjechali tu na ślub koleżanki. Trzecie zdanie w tym temacie było zaproszeniem dla nas. No takich rzeczy się nie odmawia ;) Wesele ma być bardzo skromne, na jedyne 500 osób. Nie, no to faktycznie skromniutkie. Nasze było na 50, ale może jakoś się odnajdziemy i damy radę. Yakuta, która zawodowo zajmuje się organizacją wesel ma za sobą jedno na 7 tysięcy osób. Wyobrażacie sobie?! Odbywało się na stadionie. Niezła heca!

czwartek, 1 października 2015

Andijon - dobry i jeden dzień


Na granicy jak na granicy. Lewandowski i wszystko jasne. Moja kontrola trwała 3 minuty, Jacka 2. Nazwijmy ją pro-forma. Prócz nas granicę przekracza również Magda i Łukasz. I już jest wesoło.

sobota, 26 września 2015

Kirgistan - tranzytem, przez Osz do Uzbekistanu


Wczesnym rankiem, razem z Sarą i jej lubym z Pakistanu, ruszamy na autobus na dworzec 'wylotowy' z miasta Kaszgar gdzie żegnamy się z Chinami i łapiemy pierwszą taksę w stronę Kirgistanu. Z powodu naszego targowania i szukania najtańszej opcji, pomiędzy dwoma taksiarzami wynikła mała boruta, ale no co pan panie zrobisz. My jedziemy za cenę jaką ustaliliśmy ;)

niedziela, 13 września 2015

KASZGAR – kraina chlebem i szaszłykiem płynąca


Do Kashi docieramy pięknym przedpołudniem. Niby jedenasta a wszystko wygląda jakby dopiero co obudziło się ze snu i ospale zaczyna trybić. Pasuje to do naszych obrotów więc dysonansu nie czujemy i spokojnie udajemy się do centrum w poszukiwaniu miejsca na nocleg. W samym środku środka miasta znajdujemy hostel z widokiem na główny meczet Id Kah. Tak, tutaj większością (choć już nie tak znaczną, bo Chińczycy Han są tu skutecznie przesiedlani aby, tak jak dzieje się to na przykład w Tybecie, odwrócić proporcje) są Ujgurzy. Znaczna część kobietek ma zatem na głowach chusty, ale do tego spódniczki ledwo zakrywające kolanko i zdarzają się nawet krótkie rękawki. Taki Islam to ja owszem.

wtorek, 8 września 2015

TURPAN – rajski smak winogron


Jadąc z dworca kolejowego do Turpanu mijamy ciągnące się bez końca winnice. Po lewej, po prawej, na przedmieściach i w centrum miasta więc naturalnym wydaje się, że pierwsze czego należy spróbować to winogrona. Białe. Słodkie. Bez pestek. Skórka chrupiąca. Przepyszne. Idealne, po prostu idealne. Od tego momentu jemy je do każdego posiłku.

piątek, 4 września 2015

Xi'an - na jedwabnym szlaku


Do Xi’an (szian) docieramy nocnym pociągiem. Niestety nie udało nam się zakupić biletów na miejsca leżące więc jedziemy na tzw. hard seat’ach. W dodatku były to jedne z ostatnich w ogóle dostępnych w tym pociągu miejsc więc siedzimy w różnych wagonach. Łe…, to w końcu tylko 8 godzin jazdy (600 kilometrów).

sobota, 29 sierpnia 2015

Co w Datong’u piszczy


Od momentu przekroczenia granicy widać, że Chińczycy to pracowici ludzie. Wszędzie roi się od uprawnych pól, sadów, ogródków. Klimat, przynajmniej w prowincji Inner Mongolia, jest taki sam jak w Mongolii – więc jednak jak się chce to można :) Zatrzymujemy się w Datong, trzy milionowym mieście (czyli populacja taka jak w całej Mongolii). Mimo takiej populacji jest tutaj naprawdę bardzo przestronnie i w ogóle nie czuć tych tłumów ludzi, w sensie nie doskwiera nam to. Wzdłuż wszystkich ulic rosną wysokie drzewa, które rzucają nieoceniony cień. Można zatem śmiało przemieszczać się w samo południe i to na pełnym luzie. Oj tak, temperatury są tu naprawdę wysokie (ponad 30 stopni C o poranku).

sobota, 18 lipca 2015

MONGOLIA – wyprawa na zachodnie rubieże / część 2



Po pamiętnej nocy (przyznam, że otwarcie było jak z tak zwanej grubej rury) ruszamy dalej w trasę. Pierwszym punktem, który odwiedzamy jest wodospad Ulaan tsutgalan. Bardzo popularne miejsce wśród Mongołów więc jest dość tłoczno. Nie umniejsza to w ogóle urokowi tego miejsca. Robimy spacerek w górnej części wodospadu, w dolnej części wodospadu, wzdłuż rzeki. Elegancko. Pogoda wciąż deszczowa – kropi i mży. Podczas dalszej drogi zapowiada się kilkukrotne przeprawianie się przez rzekę więc zatrzymujemy się na trasie aby sprawdzić auto i ewentualnie je podrasować.

środa, 15 lipca 2015

MONGOLIA – wyprawa na zachodnie rubieże / część 1


Troszkę zamuliliśmy, ale jak się okazuje po dotarciu na miejsce zbiórki, nie my jedni. Na organizatora, zwanego później liderem – najbardziej doświadczonego członka załogi, czekamy ponad godzinę, a na koleżankę, która odpowiedzialna była za zaprowiantowanie 2 godziny. Nikt nawet nie mruknął na ten fakt. Naszym pojazdem na najbliższe 3 tygodnie jest UAZ 452. Niestety wersja jest bagażnika na dachu, a patrząc na te wszystkie klamoty, które musimy jakoś ze sobą zabrać, marnie to widzę. Jest nas dziesięcioro: Odsy - marketingowiec, Zolo – księgowa, Tamir – grafik, Luya – IT, Nome – była modelka, Ania – Ania, Undra – menadżer restauracji, Gana – nauczyciel i Bagi – kierowca, plus oczywiście nasza dwójka. Każdy ma po kilka toreb, w jednej wielka poduszka pierzasta, w drugiej kołdra, w trzeciej materac, taki wojskowy, w czwartej jakieś ciuchy no i jeszcze nie zapominajmy o plecaczku podręcznym bądź też torebuni. 

wtorek, 14 lipca 2015

długo oczekiwany NAADAM czas zacząć



A wiec nadszedł 11 lipca - wyczekiwany Naadam. Koło południa jedziemy z Battsetseg około 40 km za miasto aby obejrzeć wyścigi konne. Jeźdźcy są w wieku 4-12 lat, najmłodsze konie natomiast mają lat 5. Wyścigi są dzielone na kategorie względem wieku konia, nie jeźdźca. Dlatego też udział w nich biorą dzieci, chodzi o jak najmniejsze obciążenie konia. Wygrać może nawet koń, który strąci jeźdźca podczas biegu. Teraz tak, do niedawna jeźdźcy jeździli bez kasków - teraz kaski mają wszyscy ale jest to jedyny chyba obowiązujący nakaz bo wielu z nich jest bez siodeł i butów.

środa, 8 lipca 2015

LISTWIANKA - kameralnie pod każdym względem



W Irkucku małe zakupy aby uzupełnić zapasy owsianki i orzechów, kilka smakołyków prosto do brzucha i ruszamy marszrutką do Listwianki. Znajdujemy tu pole namiotowe u Nikolaja. Kola dopiero zaczyna (tej wiosny kupił tu właśnie tradycyjny drewniany dom z pięknym ogrodem) więc wszystkie udogodnienia pojawiają się na naszych oczach w momencie gdy o nie zapytamy: prysznic z ciepłą wodą prosto z rzeki, umywalka zamocowana do tarasu. Najfajniejszy jest wychodek z widokiem na Bajkał :) Razem z nami jest tu młoda parka z Sankt Petersburga i Oskar, z Niemiec. Wspólny wieczór Kola umila nam herbatką z samowara i własnej roboty bimbrem z cedrowymi szyszkami. Pycha! Jutro zapowiada się dzień spacerowicza ;)

niedziela, 5 lipca 2015

OLCHON - wyspa SZAMANÓW



Po 8 godzinach jazdy marszrutką i przeprawie promowej jesteśmy na wyspie Olchon. Jest to miejsce szamańskie i kolebka szamanizmu w tej części świata. Jedynym ‘miastem’ na Olchon jest Chużyr. Pierwszą osobą tutaj spotkaną jest nikt inny jak…. pochodzący z Indii Raj, który studiował medycynę w Sankt Petersburgu, a od paru lat mieszka i pracuje w Kirgistanie. Kilka wspólnie wypalonych papierosów, przemiłe pogaduchy i Raj zaprasza nas do Biszkeku. Jako, że jest wegetarianinem, obiecuje mi objazdówkę po najlepszych knajpkach jakie zna. Czyż nie miło :). Raj zostaje w hotelu, a my po zaprowiantowaniu się na kilka dni ruszamy na trekking. Cel: północny koniec wyspy.

niedziela, 28 czerwca 2015

IRKUCK - welcome to Syberia


Po tygodniowych odwiedzinach u rodzinki w Moskwie lądujemy w Irkucku. Naszym ‘domkiem’ będzie LIKE hostel. Mikro i duszny hostel ale obsługa w postaci pani „Lucyny” przemiła. :)

sobota, 20 czerwca 2015

ABCHAZJA - 'wieś' jak malowana


Przejazd i dotarcie do Abchazji to przygoda sama w sobie. W autobusie do Gruzji spędziliśmy kilkanaście godzin, jesteśmy w Batumi. Łapiemy tu od razu marszrutkę do Zugdidi i dalej taksówkę do INARU skąd już pieszo, przechodząc przez most, przekraczamy granicę Gruzińsko-Abchazką. Spod granicy (in the middle of nowehere) jeszcze tylko jeden autobus do Gali i stamtąd już ostatnia przesiadka na autobus prosto do Suchumi. Łącznie 25h pięcioma środkami transportu. Jesteśmy!

środa, 10 czerwca 2015

MARDIN - turecki kursytan c.d.

 

Na dwa dni wyruszamy również do miasta Mardin oddalonego od pochłoniętej wojną Syrii zaledwie o 20 km. To jest miejsce, które wygląda jakby powstało tysiąc albo i więcej lat temu (mówię tu o starym mieście, nie obyło się bez blokowych dzielnic dla nowych pokoleń). Położone jest na wzgórzu, z którego rozchodzi się widok na…. przestrzeń. Domy zbudowane są z niemal białego kamienia, uliczki są ciasne, strome. Bazary to mega klimat – wszystko i nic. Świeże mięso, grzebienie, warzywa, mydła, kawy…. Jak ja to lubię. Wciąż jesteśmy głodni menemen’a więc papryka, pomidory i jaja lądują w naszych plecakach :)

sobota, 6 czerwca 2015

DIYARBAKIR - turecki kurdystan


Nocnym autobusem ‘lądujemy’ o 6 rano w Kurdystanie gdzie jesteśmy umówieni z naszym pierwszym podczas tego wypadu gospodarzem z CouchSurfing. Cudne jest to, że piekarnie i herbaciarnie są tu otwarte od wczesnego ranka więc posilamy się przepysznymi wypiekami. Jeszcze gorące ciasto z serem i korzenne bułeczki do herbatki smakują wyśmienicie. Dowiadujemy się, że nasz gospodarz wczoraj przeprowadził się do nowego mieszkania (250 m2). Przyjeżdżamy na śniadanko (drugie tego dnia :) Oliwki, sery, miody, świeży chlebek i oczywiście słodka herbata. Okazuje się też, że mamy swój pokój z łazienką i balkonem. Suat, jego żona i córeczka są bardzo mili i zapraszają nas na swoją ‘kanapę’ na jak długo potrzebujemy.

niedziela, 31 maja 2015

KAPADOCJA - buszujacy w jaskiniach


W momencie kiedy naszym oczom ukazały się pierwsze skalne formacje Kapadocji od razu postanowiliśmy zostać tu dłużej niż początkowo zakładaliśmy. Naszą 'metą' był Garden of Capadocia w mieście Uchisar – brzmi szumnie ale… A zresztą nie będę się skupiać na minusach ;) Była kuchnia, był ogródeczek…